Zaznacz stronę

Wchodzę do pubu. Siadam przy barze. Barmanka wita mnie i pyta:
-Slice of brown bread?
– Yes, please.
Nalewa Guinnessa do trzech czwartych szklanki i odstawia. Patrzę na opadające warstwy brązowego płynu zmieniające się w czerń. Ilość wypitego stoutu mogę śmiało mierzyć w hektolitrach, ale za każdym razem magia przemiany przykuwa mój wzrok. Te kilkadziesiąt sekund jest jak swoista msza, a warstwy piwa jak piasek w klepsydrze. Gdy przemiana się dopełni, barmanka dolewa do końca i stawia przede mną ten cud ludzkiej techniki.

Techniki właśnie, gdyż dawniej Guinness wypychany był z drewnianych beczek siłą wpompowywanego powietrza. Każda szklanka zwieńczona była brzydką brązową pianą. Dopiero gdy zaczęto używać mieszanki azotowej, zaczęła się magia efektu klepsydry i białej kremowej piany.
O Guinnessie mógłbym długo opowiadać. Może innym razem.
Opowiem jednak historyjkę ku przestrodze.
Guinnessa bowiem można przedawkować.

Talibowie z Polski

Pojechałem kiedyś w towarzystwie dwóch kolegów do Sligo. Celem było wdrapanie się na Benbulben, górę o kształcie okrętu żeglującego po zielonym morzu. Miejsce, gdzie bracia Yeats dorastali brykając i nabierając natchnienia.
Po przyjeździe rozlokowaliśmy się w hostelu. Pokój był duży, chyba dziesięcioosobowy i cały dla nas. Godzina była popołudniowa, więc wycieczkę odłożyliśmy na następny dzień. Właściciel hostelu przestrzegał przed złą pogodą, rzucając przy tym przykładem naszego rodaka, który zginął na tej górze w zeszłym roku.
Postanowiliśmy ruszyć w tour de pub. Zaliczaliśmy puby, a w każdym z nich „pint of Guinness”. Zabawa była przednia, a pubów jedenaście. Po powrocie do hostelu walnęliśmy się na wyra i słodko zapadliśmy w sen. Tymczasem nasze trzewia ciężko pracowały. Czarna ciecz przemieniana była w ciężki gaz, a ten był wydalany z naszych ciał. Zapach wylewanej wiosną gnojówki na polach jest przy tym jak markowy „szalet nr 5”.
W nocy do naszego grona doszlusował Japończyk. Przed południem następnego dnia zaniepokojony ciszą w pokoju wszedł właściciel hostelu. Właściwie, nie wszedł.
Po otwarciu drzwi odrzuciło go tak,że zdążył tylko wydusić z siebie „Ołłł God!!!”, po czym z zakrytą dłonią twarzą bohatersko wdarł się do pokoju i pootwierał wszystkie okna. Podnieśliśmy swoje zwłoki, wzięliśmy prysznic, spakowaliśmy się i rzuciliśmy „Good bye” panu przy recepcji, na które ten nie odpowiedział. Poszliśmy na spacer. Znów było za późno na wspinaczkę, a zresztą głowy nasze ważyły zbyt dużo, by je nieść pod górę.
Na spacerze szliśmy obok siebie, zajmując cały chodnik. Żaden z nas nie chciał iść z tyłu. Nie lekko mieli pasażerowie autobusu, którym przez pięć godzin wracaliśmy do Dublina. Powinno się zamontować detektory smrodu i maski wypadające z sufitu, jak w samolotach.

Następnego dnia rano włączyłem wiadomości. W jakimś hostelu w Sligo znaleziono zwłoki obywatela Japonii. Prawdopodobna przyczyna śmierci, to zatrucie gazem. Policja rozważa zamach terrorystyczny. Podejrzenie pada na trzech talibów z Polski.
Czas najwyższy zmienić tożsamość.