Zaznacz stronę

Wyjeżdżałem z Killarney na swoim czarnym rumaku. Celem wędrówki był czterodniowy pobyt w łóżku, ale jeszcze o tym nie wiedziałem.
Na rondzie dwa znaki wskazywały ten sam kierunek: Gap of Dunloe 10km, Carrauntoohill 15km. No to wyrywam przesmyknąć się Gapem, a potem z górki do Black Valley, Molls Gap i z powrotem do K.


Kilka kilometrów dalej trafiam na rozdroże, a tam pociesznych informacji moc.

Rozpocząłem analizę. Jeśli do Gapu zostało mi 3km, to przejechałem 7, ale jeżeli do Carrauntoohill jest 11km, to przebyłem tylko 4km. Z kolei jak chciałbym wrócić do Killarney, muszę dymać 10km.
Kreatywność Irlandczyków robi wrażenie. Każdy może stwierdzić mierząc głębokość zadyszki, jaki dystans przejechał.

Dojeżdżam do Gapu. Katie Kearney’s Cottage. Przejechałem jakieś
10(?)km, a już zostałem koronowany na króla cyklistów.

Dobra nasza, myślę. Spalam fajkę i pod górę.
Nie wiedzieć czemu pojawiła się zadyszka, ale wtoczyłem się na szczyt.
Zaskoczenia nie było. Piękne góry, romantyczne jeziorka i opuszczone domostwo z wyskrobanym na drzwiach, zwieńczającym wszystko i nadającym sens istnieniu napisem: SEX.
Potem było już tylko z górki…well…do samego Lord Brandon’s Cottage.
Tablica informacyjna namawiała mnie na rzucenie roweru do łodzi i cudowny rejs do Killarney. „No chyba sobie jaja robicie. Nie po to jadę rowerem taki kawał, by wracać na tarczy, znaczy się, na łódce” – pomyślałem i jazda.
Black Valley powitała mnie rozgrzanym, jak kaszanka na patelni, asfaltem.
Zaczynało robić się niemiło. Mięśnie ud napuchnięte, jak wystawiony na słońce plastikowy kanister z benzyną, woda z kolan odparowała, a z cukru w kostkach zrobił się syrop. Mało pocieszającym okazał się odległy widok oplatającej wzgórza drogi. Hen wysoko, po mojej lewej stronie śmigały auta w kierunku Killarney, a ja wręcz przeciwnie. Słoneczko siedziało nad doliną, jak statystyczny Polak w maju nad grillem i opiekało moje ciało. Soki tryskały ze mnie na zewnątrz, a mózg kurczył się, jak włoski orzeszek do wewnątrz. Oklejone asfaltem koła przytyły do rozmiarów kół ciężarówki i pełzały w rozgrzanym bagnisku. Wiedziałem, że gdzieś u krańca doliny musi być podjazd na drogę główną, z której, jak mi się już majaczyło, wszyscy złośliwie machali środkowym palcem. Miałem tylko nadzieję, że podjazd ów będzie wyposażony w ruchomą taśmę rodem z supermarketów, która poniesie mnie w górę. Jakież było moje zdziwienie, gdy na końcu doliny nie było ruchomej taśmy. Spojrzałem w górę, w kierunku głównej drogi i zobaczyłem uśmiechniętą twarz Moll Kissane, spuszczającej na sznurku butelkę piwa: „Chodź. Pierwsza flaszka gratis” – słodko wyszeptała. Przetarłem oczy i ujrzałem wąską, jak grzechotnik, drogę wijącą się wśród skał. Nie wiedziałem czemu akurat grzechotnik, a nie inna żmija, ale po chwili dotarło do mnie, że to mój wysuszony mózg wesoło grzechocze w czaszce. Nieźle. Mam już majaki, a woda mi się kończy.
Postanowiłem dać odpocząć rumakowi. Zsiadłem i powlekliśmy się pod górę.
Jakieś 457 km dalej wszedłem na głowę grzechotnika…tzn. na skrzyżowanie. Rzuciłem się do całowania drogi, mamrocząc: „bądź błogosławiona N71..”

Teraz było już z górki. Dosłownie. Pędziłem, łapiąc całe robactwo tego świata w rozdziawioną z radości gębę. Daleko w dole po lewej stronie wygrzewała się w słońcu, jak gdyby nic Czarna Dolina. Udało się! Nie zostawiłem swojego bielejącego szkieletu na pastwę rozbestwionych turystów. Minąłem farmę oferującą adopcję owiec i poszybowałem z nadzieją na spotkanie pięknych dam. Ledwo wyhamowałem przy Ladies View, prawie pakując się w tłum Japończyków. Widok na dolinę, a w dali na Killarney ładniusi. Wrzuciłem 1 euro do lunety i wyszukałem w oddali miejsce mojego tymczasowego spoczynku…tzn. pobytu. Zasłużyłem sobie na ten moment luksusu. Niestety. Żadnych dam dworu w pięknych sukniach, przepastnych dekoltach i opiętych gorsetach nie było. Spóźniłem się o 156 lat. Poczułem się trochę oszukany.
Wskoczyłem na rumaka i pognałem. Zwalniając bardzo mocno na wąskich zakrętach, podziwiałem znaki ograniczające prędkość do 100 km/h. Fizycznie nie możliwe, by rozwinąć taką prędkość na tej drodze, a co dopiero ją przekroczyć.
Przyjaciel wiatr owiewał i suszył moje spocone plecy i kark. Przyjemne to było. Do momentu, aż ten psychopata nie zaczął rżnąć mi kręgosłup lodowatym skalpelem.
Nie dałem się. Bez przystanku (nie licząc zasłużonego Guinnessa w przydrożnym pubie) dojechałem do domu.

Następne cztery dni spędziłem w łóżku.