Zaznacz stronę

Jest szósta rano. Budzik zaczyna hałasować, a ja wcześniej przygotowanym na stoliku młotkiem zabijam go i wracam do snu.
Dziesiąta. Zwlekam się w końcu i zaczynam działać. Śniadanie. Ostatnie pakowanie i na rower. Dzisiaj muszę doturlać się 10 km do Katie Kearney’s Cottage przy wjeździe do Gap of Dunloe, po czym wdrapać się na Tomies, a potem Purple Mountains. Przejść przez Gap i wrócić drugą stroną gór do K.K., gdzie zastanę swój rower. Jeśli go nie świsną.
Taki plan.


W Katies równo o 12 w południe dopijam whiskey i ruszam żwawo w góry.
Lezę po mieszance błota i zwierzęcych odchodów, by dotrzeć na łąkę. No, powiedzmy, łąkę. Tutejsze pastwiska, to nic innego jak górskie ugory, pełne podmokłego torfu i skał.
Człapię dopiero 15 minut, a już dyszę jak parowóz. Forma=zero. Czemu ja to sobie robię? Zawsze, gdy mam zniżkę formy, albo źle się czuję, postanawiam ruszać w góry, bądź w jakiś inny sposób próbować się zabić. Za co ja się tak katuję? Może to jakaś podświadoma forma pokuty za jakieś moje grzechy?
Człapię. Wpadłem właśnie na to, że normalni ludzie uprawiają bieg, jogging, hiking, a ja uprawiam człaping. W dodatku połączony z dyszyngiem. Owce uciekają z daleka słysząc dyszenie, a błociszcze wesoło chlapie na wszystkie strony i oczywiście na moje odzienie.
Oszczędzę sobie wstydu i tu skończę opis wczłapywania się na Tomies Rocks.
Powaliłem się i zeżarłem konserwę. Spojrzałem w kierunku, gdzie powinna być Purple, dumnie wznosząca się na ponad 800 metrów i zobaczyłem tylko chmury. Może jestem stuknięty, ale nie głupi. Już raz na Mangertonie prawie dałem się zabić mgle. Tym razem pora na odwrót. Widoczność zaczęła nie przekraczać odległości oczu do rozporka.
Zczłapałem się na dół.
W Katies oczywiście Guinness. Czarny jest, więc pasuje do nastroju porażki. Zresztą, gdybym świętował, to też bym go zamówił.
Tu na dole jest słonecznie i ciepło. Turyści siedzą przy drewnianych ławach i relaksują się po odbytym spacerze po Gapie, bądź przejażdżce bryczką. Wyglądają przy tym jak pajace, wystrojeni w najdroższe ciuchy turystyczne. Począwszy od kapeluszy, przez markowe bluzy wiatroszczelne, polary, spodnie i buty. Wszystko po to, by pasowało do spaceru wśród górskiego krajobrazu.
A może to ja wyglądałem jak pajac? W polarze z przeceny, pelerynie sprzed lat, spodni z demobilu, i tylko w buty miałem zainwestowane ponad sto euro. Ale i tak nie umywały się do ichnich. W dodatku oni, a szczególnie kobiety, byli wypachnieni, a ja cuchnąłem, jak świnia po kąpieli w gnojówce. Zderzenie dwóch rodzajów turystyki.
Obrazkowo – zdjęciowej i człapiąco – dyszącej. Po stokroć wolę tę swoją. Wdrapując się tam, gdzie mnie nie swędzi czuję się wolny. Ze szczytu góry mogę krzyczeć ile wlezie i głowę mieć naprawdę w chmurach.
Poszedłem do toalety, by ściągnąć przyklejoną do ciała koszulkę i porządnie ją wyżymać. Napis na wejściu pozbawiał złudzeń:
„Dżentelmenie, Twoja celność pomoże. Stań bliżej; Jest krótszy niż myślisz.”