Zaznacz stronę

Przypowiednia o tym, jak łatwo jest przekroczyć granice dobrego lub w ogóle jakiegokolwiek smaku.
Jest wieczór. Przez drzwi restauracji wchodzi kobieta w wieku około 60 lat. Pyta czy mogą skorzystać z dobroci jakie serwuje to piękne miejsce w towarzystwie pieska.
Dzień wcześniej Pani Właścicielka zezwoliła innym ludziom na wejście z psem, więc ja poczułem, że też mogę porządzić. Posadziłem panią, jej męża i pieska w przybarowym kącie z dala od ewentualnych hycli.

Państwo byli mi bardzo wdzięczni, gdyż ciężko jest znaleźć restaurację przychylną zwierzakom. Wskazałem na wielkie akwarium, w którym raki cierpliwie czekały na egzekucję i stwierdziłem, że możemy przyrządzić pieska na wiele sposobów. Piesek, jakby wyczuwając temat, cichutko zaszył się pod stołem. Zaserwowałem państwu winko, a oni raczyli mnie swoją historią. Pani swego czasu bardzo chorowała. Lekarze w szpitalu zalecili jej kontakt z pieskiem. Pies jako nośnik dobrej energii przebywał z panią w szpitalnym łóżku.
Nabył dzięki temu prawa, takie jak, np. pies przewodnik. Mogli więc zabrać go ze sobą na pokład samolotu. I tak na kolanach państwa piesio przyleciał ze słonecznej Kalifornii, przez zakochany Paryż do deszczowej irlandzkiej krainy.
Mniej więcej w tym czasie pani zamówiła łososia, a pan wegetariańskie spaghetti. Wycofałem się taktycznie w okopy baru pościemniać zajętego.
Sprzątnąłem po kolacji, gdy państwo już wylizali talerze. Opowiedziałem im o spotkaniu z młodymi Kalifornijczykami, których rodzina kupiła niedawno winiarnię należącą kiedyś do Ignacego Paderewskiego. Oni zachwalali kalifornijskie widoki i zapraszali mnie do siebie. Tak od słowa do słowa zeszło znów na pieski i choroby. W ferworze blablania samo mi się powiedziało:
-Dawno temu pojechaliśmy z kumplami pod namiot. Właściciele terenu biwakowego mieli młodziutkiego pieska. Cały czas strasznie piszczał, a najaktywniej w nocy. O trzeciej porannej nie wytrzymałem. Moje przepełnione czułością serduszko nakazało mi wziąć szczenię pod swoje opiekuńcze skrzydła. Wtulony we mnie piesek w końcu zasnął. Godzinę później narzygał mi do śpiwora. Jakaż była moja radość, gdy po zapaleniu latarki odkryłem garść wijących się glist.
W tym momencie pani nie zdzierżyła i tłumiąc ręką okrzyk poprosiła, bym przerwał.
To tylko popchnęło mnie do zakończenia opowieści:
– A były takie długie! – wskazałem miarę swego łokcia – i skręcone w kłębek jak spaghetti! – Panu się odbiło, a ja pojąłem nagle zasadę trzech jedności tragedii greckiej.